snow

10 01 2010

jest tak ślicznie biało… chociaż niezmiennie przypomina mi się, szczególnie z każdym kolejnym opadem śniegu, stary dowcip, który może i dość banalny, ale jakże prawdziwy w warszawie.

poza tym znów sobie myślę o swoim byciu. to jest troche tak, że jednak zmieniło się ostatnio coś we mnie. coś popękało, coś tam postanowiło być inne. wszystko razem sprawia, że ludzie znów zaczynają mieć dla mnie inne znaczenie, niż do niedawna. to przejaw jakiejś melanholii albo zwyczajnie zmian, jakie nieuniknienie nadciągają.

ale coraz częściej zastanawiam się, gdzie jestem, co robię, jak powinna wyglądać moja przyszłość. i dochodzę do jakichś wniosków, chociaż to jeszcze nie czas, by się z nimi dzielić, jednak już sam fakt, że pojawiają się jakieś finalne stwierdzenia i cele jest szalenie ważny dla mnie.

pracuje nad sobą, nad swoim życiem, nad tym, aby wypełnić swój los czymś przyjemnym, a nie ciągle udawać, że najważniejsza jest praca. i wszystko jedynie dlatego, że nie mam innych zajęć, innych pomysłów na życie.

i jak zwykle refleksyjny zwrot na koniec: kopenhaga też może być ciekawa, chociaż to nie strassbourg.





instead of a story

2 01 2010





goodbye

31 12 2009

tak tak, szaleństwo się zaczęło. przecież to dziś jest sylwestra, imieniny jak prawie każde inne, a jednak.

rokrocznie dla mnie był to czas podsumowań, planów. ale nie dziś. dziś będzie inaczej. trzeba zerwać z pewnymi przyzwyczajeniami, i to właśnie od dziś, a nie od jutra, się zacznie. żeby jednak wszystko się spełniło, to nie powiem, jak będzie. inaczej, oczywiście przesądnym nie będąc, się nie spełni.

jedyne, co mi się podoba, to wielokrotnie podnoszona przez moją mamę koncepcja fabrycznie nowej bielizny (kurde, angole mają takie ładne słowo “underwear”, a u nas wyszedłby “podubiór”) aby rok był łaskawy w kasę. działa, zasad zmieniać nie będziemy, a i nowa bielizna (nie powiem jaka) przyda się w kolekcji. i dalej nie wytłumaczyłem, o co chodzi w tym szaleństwie w środku tygodnia, związanym z imieniem sylwester. a w ogóle to znacie jakiegoś sylwestra (ja znam).

happy new york !





an artist

28 12 2009

tak tak. dzień był równie zaskakujący, co śnieżny.

2-tygodniowa krucjata na rzecz świętego spokoju przyniosła dziś niespodziewany efekt: przeprosiny. nieoczekiwanie przyszły ze strony osoby, która konflikt wywołała, kontynuowała i nie potrafiła zakończyć.

efekty jednak mizerne: straty są, głównie po mojej stronie. nie łatwo jest przełknąć to wszystko, szczególnie, że w ramach strat traci się osobę, w którą się inwestowało i pokładało niemało nadziei. ale taki los.

jakkolwiek – smak wygranej nie jest taki zły, nawet jeśli jest to, jednak, pyrrusowe zwycięstwo…

a matter of tiny lies





xmas special

27 12 2009

tak tak, to wydanie poświąteczne opowiastek różnej treści

po pierwsze to ja chciałem zwrócić, głównie uwagę, że mam tragiczny nastrój. święta co prawda pomogły mi nieco dystansu do roboty nabrać i wyspać się, jednak masa innych rzeczy mnie rozbroiła, prawie jak al-kaida na granicy pakistanu.

generalnie dno. bo jak inaczej nazwać oczekiwanie, że znów ma się w rodzinie jedna rzecz komuś upiec. cholera, mam wrażenie, że temu członkowi rodziny to się zawsze wszystko upiecze, poza żarciem w piekarniku.

po drugie dochodzę do wniosku, że moja asertywność przeradza się w chamstwo. i wynika to, niestety, z tych samych podstaw, co  wspomniana powyżej przygoda kulinarna. nie wytrzymuję, nie mam siły, nie chce mi się. czemu jest tak, że moi rodzice nie potrafią zrozumieć, że rodzina to coś więcej niż wspólne nazwisko.

powoli zaczynam rozumieć P., kiedy zmienił nazwisko i imię. powoli zaczynam dojrzewać do myśli, że to jest (gówniane) rozwiązanie na zwrócenie uwagi, do jakiej sytuacji doszło i gdzie to wszystko zabrnęło. nie mam siły wciąć powtarzać, tłumaczyć, że w tle jest wiele innych spraw, które jako całokształt nie dają poczucia normalności i rodzinności.

wiem, że zagmatwałem to wszystko, nie pisząc o konkretach, ale cóż. zdołowany jestem przede wszystkim sytuacją w domu. może znów warto się zaszyć z dala od wszystkiego i prowadzić depresyjny żywot, jaki już raz wpędził mnie w nieznane ? może warto odciąć się i znów myśleć jedynie o sobie ? nie wiem. help.

that’s the way the cookie crumbles





music

13 12 2009

zawsze zastanawia mnie sens pewnych działań. zauważyłem, że szukanie tego sensu czasami pochłania mi bardzo dużo czasu, przez co moje działanie wydaje się, krótkowzrocznie, kompletnie niecelowe i zbędnie konsumujące czas.

przychodzi jednak taki moment, kiedy to szukanie sensu przynosi swoje korzyści, kiedy ładując się w kolejne zadania wychodzi nagle, że to stare, czasochłonne działanie przynosi korzyści. bo nagle okazuje się, że z pozoru bezsensowny i niezrozumiały ruch, w kontekście uprzednio poczynionych findings’ów (kurde, krytykujcie mnie jak chcecie, ale przychodzi mi to słowo łatwiej, niż polskie) zaczyna się układać w logiczną całość.

a zatem: ostatnie 4 tygodnie bezsensownych z pozoru przepychanek, zaczyna mieć głębszy sens. co prawda ucieczka nigdy nie jest sensownym rozwiązaniem, ale mam wrażenie, że dla niektórych już wkrótce jedynym. tym razem puzzle ułożyły się w taką właśnie całość.

fabryka to szalenie dziwne miejsce ostatnio. słowo zarządanie nabrało zupełnie innego sensu ostatnio i ma całkiem ciekawe konsekwencje. dla mnie. no nic, pożyjemy, zobaczymy.

a na koniec: what are you looking at, bitches ?





you for coffee ?

7 12 2009

odwieczny dylemat ludzkości: jak jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko ?  dziś kolejna odsłona tego spektaklu, dość załosnego w swoim końcowym efekcie. bo inaczej nie da się określić kierunku, w jakim zmierza część działań, jakich dziś byłem i wciąż jestem świadkiem.

bezsensowny pomysł na rozwiązanie (rzekome rozwiązanie) jednej sytuacji przynosi właśnie swoje opłakane efekty. w imię jakichś dziwnych relacji i odgrywania się za nieznane problemy dochodzi do bzdury – bzdury, która długo (w moim przekonaniu) będzie odbijać się szerokim echem na salonach.

z perspektywy kawy na londyńskim west-endzie życie wygląda inaczej, a otrzymane telefony nabierają zupełnie nowego znaczenia. kiedy spogląda się na taki syf z pewnej odległości, marzenia stają się bardziej przyziemne: nie nowe auto, ale zmywak w londynie, nie wakacje w alpach, ale codzienny lunch ze znajomymi w podrzędnej knajpie. niskie wynagrodzenie i wykonywanie nędznej pracy to cena za spokój ? może nie jest to górnolotny pomysł, ale jak widać, święty spokój jednak  jest w cenie – ot inna interpretacja zasady kosztów komparatywnych.

41000 ft terror.





drama queen

6 12 2009

so, this is it. london again.

i od razu ciśnie mi się na usta, czemu tutaj nawet woda jest normalna (jest tak miękka, że aż się dziwnie myje)? wyłazisz na ulicę, noone cares, idziesz sobie po sklepach, możesz kupić wszystko, co chcesz. jest wybór, są rzeczy, jest super. wszyscy mają uśmiech, nawet jeśli sztuczny, to sam fakt, że się uśmiechają już jest niesamowity.

no i oczywiście… w pubie, w metrze, na ulicy ktoś zapyta cię o ogień, a potem okaże się, że jedziecie w tym samym kierunku, znacie te same osoby, miejsca, sytuacje… cholera, musiałem się uszczypnąć, bo nie wierzę, że to piszę. wieczorem trafiasz do pubu pełnego pijanych brytyjczyków, live it or leave it, siadasz, zjadzasz pyszne jedzenie za pół darmo, potem wypijesz szklankę ulubionego cidera… ale jakby tego było mało zawsze możesz wybrać jedno z kilku(dziesięciu) piw z kija.

no i potem słyszysz polski, i pstryk – wszystko mija.

no’ that was not a dream. but there will be a nightmare on tuesday again.





politics

29 11 2009

nie znoszę polityki. nie czytuje gazet, nie oglądam wiadomości. i tak już dwa lata, dwa lata świętego spokoju i przespanych nocy.

i trafia mnie szlag, kiedy ktoś zamydla mi oczy tym, że tą politykę chce wprowadzać na mój poziom, a wszystko dla realizacji, jak sądzę, jakichś własnych ambicji. nieciekawie, prawda ? budowanie otoczki skrzywdzonej przez system osoby – czy my tego czasem nie znamy z pewnej organizacji politycznej ? szukanie układów, grup trzymających władzę – dno.

i tak sobie myślę, że całkiem serio mam tego dość. czemu zresztą dałem wyraz niedawno. asertywność.





why not

28 11 2009

ciekawa końcówka tygodnia, której obrót spraw był równie niespodziewany, co niesamowity. na szczęście jest, jak jest, pozostało kilka już tylko drobnostek do dogrania i końcówka roku może być znacznie lepsza, niż jej początek.

najważniejszego jednak póki co nie było – jakichś wniosków na przyszłość. w sumie wychodzi na to, że dużo się nauczyłem asertywności (co zresztą było wypomniane mi ostatnimi czasy przez moich szefów) oraz umiejętności życia perspektywą. do tego okazało się, że wrócił mi mój życiowy optymizm, co tym bardziej sprawia, że jest mi dobrze snuć jakieś plany na przyszłość. w tej lub innej formie.

i ciekawe spostrzeżenie z wczoraj. ale to na całkiem inną notkę.